Ella FItzgerald @100 - jedna trzecia świętej trójcy jazzowej wokalistyki!

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Gdyby nie to, że tytuł „pierwszej damy jazzu” zarezerwowany jest dla Billie Holiday, Ella Fitzgerald miałaby spore szanse, by należał do niej. Ella jest jednym z elementów „świętej trójcy” jazzowej wokalistyki: Holiday-Vaughan-Fitzgerald. Kolejność wciąż pozostaje przedmiotem dyskusji. Fitzgerald wniosła nową wartość: śpiewała jak saksofon, nie bała się ni-cze-go, żadnego eksperymentu muzycznego czy stylistyki. Nie było takiej rzeczy, której nie mogłaby zaśpiewać.

Razem z Vaughan zrewolucjonizowały śpiew tak, jak Parker zmienił sposób grania na saksofonie. Obie panie były pionierkami „scatu” - dziś zupełnie oczywistego, ale trzeba mieć w pamięci, że nie zawsze tak było. Obdarzona niebywałymi warunkami wokalnymi i głosem obejmującym trzy oktawy i perfekcyjną dykcją, była odpowiednio wyposażona, by zostać jedną z najwybitniejszych i najbardziej wpływowych wokalistek w historii. W dodatku dorzuciła coś już tak zupełnie od siebie – Ella Fitzgerald potrafiłaby zaśpiewać pieśń żałobną, tak, że zabrzmiałaby radośnie. Może zwyczajnie zbyt lubiła śpiewać, by smucić się w jego trakcie, jak Billie Holiday. Ella była inna, Ella była wesoła. Skutkowało to tym, że często jej interpretacje utworów raczej umiarkowanie-radosnych (np. „Love For Sale”) brzmiały jak szczęśliwa piosenka o spełnionej miłości. Słuchając tego wesołego śpiewu, trudno wyobrazić sobie, że kryje się za nim równie niewesoła biografia, co historia Billie Holiday.

„Moja mama przyniosła kiedyś jedną z jej płyt. Zakochałam się w niej od razu, robiłam wszystko, by brzmieć tak jak ona” - wspominała Fitzgerald swoją dziecięcą fascynację wokalistką grupy The Boswell Sisters, Connie. Ella może i słuchała w domu nagrań Louisa Armstronga i Binga Crosby'ego i marzyła o karierze tancerki, ale jej rodzinne gniazdo nie przypominało sielanki. Jej rodzice rozeszli się zaraz po narodzinach córki – ojciec odszedł a matka zamieszkała z nowym narzeczonym. Ella pojechała z matką. Jej świeży ojczym nie traktował jej szczególnie delikatnie, wyładowując na niej frustracje związane z kryzysem ekonomicznym, bezrobociem, alkoholizmem i ogólnym niezadowoleniem z życia. Gdy umarła jej matka, Ella została sama z ojczymem. Uciekała z domu, odpuściła sobie szkołę i pracowała dla drobnej gangsterki. Gdy wchodziła na scenę nowojorskiego Apollo Theater, mając 17 lat, od dłuższego czasu była oficjalnie bezdomna. Fitzgerald postanowiła wystartować w konkursie talentów organizowanym w Apollo – muzycznym centrum Harlemu. Ella wygrała w cuglach, dostała kiepską zapłatę, ale miała sporo szczęścia – tego wieczora w klubie był i słuchał Chick Webb.

Perkusista, zwany „królem Savoy”, stał się legendą już za życia. Pewnego razu, po koncercie, do garderoby zakradła się młoda dziewczyna. Była wokalistką i od dawna marzyła o występowaniu w Savoy u boku Webba. Wkradła się do środka z silnym zamiarem zaciągnięcia muzyka do łóżka. Przez łóżko na scenę. Chick odmówił zaszczytu i skoncentrował się na muzycznej stronie całej sprawy. Zatrudnił dziewczynę. Nazywała się Ella Fitzgerald. Wokalistka na każdym kroku podkreślała wielką rolę jaką w jej życiu odegrał Webb. Wielki hit „A Tisket – A Tasket”, skomponowała dla niego, gdy cierpiał bóle z powodu wrodzonej choroby. Gdy perkusista zmarł w 1939 roku, Ella przejęła dowodzenie w jego orkiestrze, którą prowadziła jeszcze trzy lata.

Czasy szybko się zmieniały. Wojna w Europie rozpoczęła się i zakończyła, epoka swingu i big-bandów minęła bezpowrotnie. W nowojorskich klubach królował be-bop. A Ella chciała być w samym oku huraganu – natychmiast, z właściwą sobie lekkością zaczęła śpiewać w nowej stylistyce: naśladowała grę Charliego Parkera czy Dizzy'ego Gillespiego, stając się pionierką, tak popularnego dziś, „scatu”. Fitzgerald nie traktowała nigdy swojego głosu jako medium do przekazywania informacji zawartych w piosenkach. Jej głos był takim samym instrumentem jak perkusja, kontrabas, gitara czy saksofon. Też wydawał dźwięki i nie było powodu, żeby traktować go inaczej, tylko dlatego, że najczęściej są to słowa nacechowane sensem. Fitzgerald zmieniła logikę znaczącego – nie śpiewała słów a po prostu wytwarzała dźwięki. Dlatego tak łatwo przychodziło jej śpiewanie be-bopu: nie śpiewała słów, nie myślała o ich znaczeniu – po prostu grała na saksofonie, tak jak robił to „Bird”. Ta technika narodziła się w czasach gry w zespole Dizzy'ego: „Po prostu starałam się robić to, co robiła sekcja dęta” - powiedziała po latach wokalistka. Oto narodziny „scatu”. Gdy uzyskała już status gwiazdy, wszystko poszło z górki. Przede wszystkim – podpisała umowę z Normanem Granzem, producentem wytwórni Verve. Dzięki temu, mogła nagrać serie albumów, tzw. „songbooków”, na których wokalistka wykonała utwory Cole'a Portera, George'a Gershwina czy Duke'a Ellingtona.

Kolejne płyty były kolejnymi sukcesami – głównie komercyjnymi. Na albumach z lat 60. Ella oddala się nieco od jazzu. Chętniej kieruje się w stronę sentymentalnych aranżacjom smyczkowym czy piosenkom pop, jak „Sunny” czy „I Heard It Through The Grapevine”. Być może chciała nadać swojej twórczości nieco nowoczesności i skierować się w stronę nowej, młodszej publiczności. Nie wiadomo, ponieważ w tym czasie zaczął się również gwałtowny i niezapowiedziany proces starzenia się głosu Fitzgerald. W latach osiemdziesiątych nie mogła już śpiewać. Pogarszał się stan jej zdrowia. Na skutek cukrzycy, w 1993 roku lekarze musieli amputować jej obie nogi. Mimo nieszczęść i starości, Ella aż do końca życia pozostała, zdaniem jej bliskich, pogodnie nastawiona i pełna entuzjazmu. Na ile się dało, w każdym razie. Zmarła w 1996 roku w wieku 79 lat. Wdrapała się na szczyt świata, choć z dna harlemowskiego ubóstwa nie miała łatwej wspinaczki.