Dzień, w którym powstał saksofonowy kolos! - 57 lat temu, 22 czerwca nagrana została jedna z najważniejszych jazzowych płyt wszechczasów - "Saxophone Colossus" Sonny'ego Rollinsa

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

W latach 50. Sonny Rollins szalał; nagrywał arcydzieło za arcydziełem - albumy takie jak "Tenor Madness", "Freedom Suite", czy "The Sound of Sonny" to dziś niekwestionowane klasyki. Jednak z tego krajobrazu genialności i obłąkańczego tempa pracy, jeden album wydaje się większy niż wszystkie inne. Rollins nagrał "Saxophone Colossus" w 1956 roku dla wytwórni Prestige. Saksofoniście towarzyszą na nim pianista Tommy Flanagan, perkusista Max Roach i kontrabasista Doug Watkins.

"Muzyka Sonny'ego Rollinsa ma w sobie tyle rytmu, że nawet trudno powiedzieć dokładnie, co gra. Nie da się tego zapisać w książce, to nie miałoby tam sensu. Dlatego nie ma książek z jego muzyką. Sonny występuje przeciwko temu całemu nudnemu kiwaniu głowami i nóżkami do muzyczki. To wielki umysł"- powiedział podczas naszej rozmowy w Wiedniu, Branford Marsalis. "Sonny może trzymać jedną nutę przez kilka minut a i tak będzie to miało w sobie więcej rytmu i treści niż wygibasy większości muzyków". Trudno się z nim nie zgodzić. Sonny obrósł w legendę już w czasach młodości. Uznany przez pewien czas za największego saksofonistę na świecie, Rollins fascynował publiczność i kolegów po fachu swoim naukowym i nabożnym jednocześnie podejściem do pracy. Gdy presja zaczynała go przytłaczać, Rollins po prostu wyszedł. Uznał, że nie może okłamywać swojej publiczności i udawać kogoś, kim się nie czuł. A nie czuł się najlepszym saksofonistą świata, choć prawdopodobnie nim był, i zaczął grywać na moście.

Legendarny producent wytwórni Riverside, Orrin Keepnews opowiadał kiedyś, jak wyglądałby skład jego "Demon Band" - zespołu najbardziej niedowartościowanych muzyków jazzowych. Sonny Rollins obstawia saksofon bez konkurencji. Co prawda utwór "St. Thomas", kojarzony z Rollinsem, został nagrany przez Randy'ego Westona rok wcześniej, jednak to właśnie ta kompozycja stała się znakiem rozpoznawalnym Sonny'ego. Na koncertach potrafił grać ją przez kilkanaście minut. Od 1956 roku i "Saxophone Colossus", utwór stał się standardem. Co prawda "St. Thomas" jest chyba najsławniejszą kompozycją z albumu, nie brakuje innych perełek - liryczna ballada "You Don't Know What Love Is", hard-bopowe "Strode Rode" napisane ku pamięci trębacza Freddiego Webstera, "Moritat" - utwór napisany przez Bertolda Brechta i Kurta Weila pochodzący z "Opery za trzy grosze" - niepokojąca kompozycja, w której Rollinsowi i jego kolegom udało się osiągnąć efekt wyobcowania i zmuszenia publiczności / słuchaczy do uczestniczenia w "dzianiu się" dzieła, zamierzony przez niemieckich artystów. Na koniec kompozycja-niekompozycja, całkowicie zaimprowizowane "Blue 7", o której Gunther Schuller napisał swój słynny artykuł "Sonny Rollins and the Challenge of Thematic Improvisation".
Rudy Van Gelder nagrał zespół Rollinsa 22 czerwca 1956 roku. Ciekawe czy gdy wyłączył nagrywanie, miał poczucie - które ponoć miewał często i nie bez podstaw - że właśnie przyczynił się do powstania dzieła sztuki, jednego z najbardziej wpływowych jazzowych krążków. Całość zajęła jeden dzień pracy, nawet nie cały. Zarówno Rollins jak i Van Gelder lubili pracować bez przerw.

Album jest uznawany za jeden z najwybitniejszych jazzowych krążków lat 50. i jest doskonałym pretekstem do podziwiania improwizatorskich umiejętności Rollinsa. Jego zespół idzie za nim w ciemno, na zabój - nieczęsto słyszy się zespół tak zgranych ze sobą muzyków, którzy prowadzą bardzo ożywiony dialog przez wszystkie pięć utworów. Opowiadając o Rollinsie, Marsalis wspominał jego spotkanie z legendą: "„Słyszałem o tobie wiele dobrego” – powiedział Sonny. – „Chciałbym przyjść i posłuchać, jak grasz”. „Zapracowałeś na odpoczynek” – odparłem. – „Nie przychodź dzisiaj na koncert”. A on na to: „Nie, nie. Chcę cię usłyszeć!”. „Jak chcesz mnie usłyszeć, to puść sobie „Saxophone Colossus” i wyobraź sobie, że ktoś gra to bardzo źle” – powiedziałem – „To będę ja.”