Dziś urodziny Davida S. Ware.

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 

To był piękny czas, dla każdego, kto chciał odkrywać muzykę nie tylko tę, którą propagowało radio i specjalistyczna gazeta. Piękny czas dla tych, którym marzyło się rozkoszować się nie tylko mainstreomowym jazzem, ale także i jego innymi, nie raz nawet bardzo dzikimi odmianami. Były sklepy płytowe, gdzie obok debiutanckiego krążka Marcusa Millera, leżały także pozycje z nieistniejącej już oficyny Knitting Factory Works, setki tytułów z innych labeli, wydających płyty, z okładek których spoglądały na nas twarze zupełnie nie znane. Obok nieśmiertelnego „Kind Of Blue” leżały nagrania Jamesa Blooda Ulmera czy Ronalda Shannona Jacksona, te wydawane w Japonii oraz innych twórców, którzy nie przebijali się na okładki gazet. Sięgaliśmy po ich płyty, często nawet nie wiedząc jakiej spodziewać możemy się muzyki. Znaliśmy ją co najwyżej z opisów, recenzji w trudno dostępnej prasie z USA albo z ust tych, którzy kiedyś mieli okazję posłuchać ich na żywo. W tym niezwykłym i zapomnianym już bogactwie dostępnej od ręki muzyki leżała także płyta „Dao”.

Sięgając po nią nie wiedziałem nic o Davidzie S. Ware, ale ciekawość okazała się silniejsza, a może głód muzyki innej zwyciężył? Firmował ją David S. Ware muzyk, który właśnie dziś 7 listopada obchodziłby swoje 62 urodziny, a który urodzinowej imprezy się niestety nie doczekał. Zmarł kilka tygodni temu. „Dao”! Ani lider, ani żaden członek grającego tak zespołu nie wywoływał żadnych skojarzeń. To dziś zupełnie nie do pomyślenia, bo przecież w jego kwartecie za klawiaturą fortepianu zasiadał Matthew Shipp, za zestawem perkusyjnym Whit Dickey, a na kontrabasie wielki William Parker. Ale tak właśnie było. Mocna, nie biorąca jeńców Mzyka Ware’a niby przypominała te wszystkie piękne dźwięki, które przed laty zagrali Albert Ayler i John Coltrane, ale była w nich też jakaś ogromna siła, którą ma muzyka aktualna.

 

To dziwne doświadczenie. S Ware nigdy nie podążał za tym, co w muzyce aktualne. Nie korciło go używać elektroniki, nie pochylał się nad fuzjami stylów, nie śnił o przełamywaniu konwencji. Grał swoje, po swojemu i bez oglądania się na boki. Zapatrzony nie tyle w starych mistrzów, do których trzeba zaliczyć także Sonny’ego Rollinsa ile w siebie jako solistę żyjącego tu i teraz, w którym wielka jazzowa historia żyje i jest bardzo ważna.

Kwartet był jego ulubionym medium. Można śmiało zaryzykować takie stwierdzenie. Wystarczała mu mocna, stanowcza w groovie sekcja rytmiczna i to wspaniałe zaplecze jakie daje pianista o szerokim horyzoncie i odwadze. Nic dziwnego, że wybrał sobie Mathew Shippa, wówczas młodego bardzo muzyka. Od wczesnych lat 90. Shipp towarzyszył Ware’owi w jego kosmicznej podróży przez muzykę i być może z perspektywy czasu okazał się obok Williama Parkera najwierniejszym jego towarzyszem i najbardziej idealnym partnerem. Czy to aby nie na płycie „The Great Bliss” po raz pierwszy Shipp pojawił się w Ware’owskiej orbicie?

O ile pamiętam to tak. Nie długo wcześniej, zaledwie cztery lata, na ryku ukazała się pierwsza płyta S. Ware’a, na której zaprezentował się jako lider. A potem były kolejne krążki utwierdzające jazzowy świat, że wraz S. Warem wciąż żyje wielki free jazz i to niekoniecznie tylko jako pocztówka z zamierzchłej przeszłości kunsztownie kolorowana nowymi farbami. Zmieniali się perkusiści, ale trzon kwartetu pozostał niezmienny. Albumy takie jak „Flight of I”, „Third Ear Recitation”, „Erthquation”,  czy późniejsze z “Godspelized”, “Freedom Suite” poświęconą Sonny’emu Rolllinsowi aż po ostatnią we wspomnianym kwartecie, wydaną w 2007 roku „Renunciation” sprawiły, że o S. Ware zaczęto śmiało i bez zająknienia mówić jak o jazzowym gigancie. Słyszałem też pogłoskę, że to właśnie z jego powodu bracia Branford Marsalis narobił sobie problemów w koncernie Columbia decydując się na wydanie dwóch z rzędu płyt Ware’a „Go See The World” i „Surrendered”. Podobno z właśnie tej przyczyny musiał odejść z wysokiego stanowiska w dziale Artist & Repertoire.

Zanim świat uznał Ware’a za jazzową wielkość i ważnego lidera, saksofonista nie próżnował. Lata spędzone w zespołach Cecila Taylora, Beavera Harrisa, Andrew Cyrille’a czy niedocenionego wspaniałego trębacza Raphe Malika zapewne utwierdziły go w przekonaniu, że najważniejsza jest własna droga. Zasmakował tej samodzielności zresztą wcześniej, kiedy będąc jeszcze studentem w Berklee School of Music zakładał swój pierwszy zespół Apogee, który, tak na marginesie, zdobył sobie całkiem spory respekt na lokalnej scenie.

Ale prawdę powiedziawszy kiedy dziś myślę o Davidzie S. Warze nie widzę jego prac sesyjnych, grania u słynniejszych liderów, a właśnie te czteroosobowe zespoły. Kwartety dające pełne świadectwo życia dla muzyki czy życia dla sztuki. Bez kompromisów, bez zwątpień i obaw. Tak jakby nic nie było w stanie go złamać. A jednak załamanie przyszło. Nie jako kryzys talentu czy zawirowania artystycznej wizji, ale jako prozaiczna choroba. Najpierw przeczep nerki, a potem komplikacje w jego konsekwencji odebrały światu wielkiego artystę. Człowieka, który do końca stał na straży sztuki i wolności w grze, twórcę który wbrew adwersarzom, których miał wielu, miał siłę stwierdzić „ Nie interesują mnie akordy interesują mnie koncepcje”. Dowody tego dostawaliśmy do samego końca, wraz z płytami „Shakti”, Onecept”, „Organica” czy „Planetary Unknown” i tylko pozazdrościć tym, którzy w austriackim „Sallfelden” mogli posłuchać tego materiału na żywo. Nam pozostanie tylko płyta, kolejna wielka płyta Davida S. Ware’a no i oczywiście wspomnienia dla mnie ot choćby o tym jak pierwszy raz wziąłem do ręki album „Dao”.