Dee Dee Bridgewater – jazz jest popularny!

Autor: 
Marta Jundziłł
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe

Kiedy myślę o popularyzowaniu muzyki jazzowej, bardzo wyraźnie słyszę głos Dee Dee Bridgewater. Jest najsłynniejszą jazzową wokalistką naszych czasów. Występuje na największych festiwalach jazzowych, na swoim koncie ma trzy nagrody Grammy, kilkanaście płyt, tysiące koncertów i nagrania z jazzowymi wyjadaczami, praktycznie z każdej dekady. Jednak pomimo wszystkich swoich zasług, Dee Dee zdecydowanie nie należy do moich ulubionych wokalistek – nieco zbyt rewiowa, za bardzo wrosła w standardy muzyki jazzowej, zapominając jak ważny w muzyce jest pierwiastek kreatywny.  Mimo to, Dee Dee jest jedną z tych artystek przed którymi nisko się kłaniam, z uznaniem przyglądając się imponującej ścieżce ich kariery. Dziś ta wielka wokalistka, jedna z niewielu div naszych czasów, obchodzi swoje 66 urodziny.

Dee Dee Bridgewater urodziła i wychowała się w 1950 roku w Tennessee. Bardzo szybko podjęła decyzję o zawodowym związaniu się z muzyką. Miała wszystkie atuty rasowej wokalistki: mocna, ciemna barwa, dobra prezencja, wrodzony sex appeal i przebojowość. Zawsze popularna wśród mężczyzn, wzbudzała zazdrość wśród rówieśniczek, bardzo lubiła zwracać na siebie uwagę kolorowym strojem i stanowczym zachowaniem. Na scenie czuła się jak ryba w wodzie. Drwiła ze zdenerwowania i występowała, gdzie tylko mogła. W wieku 16 lat założyła swój pierwszy, półprofesjonalny zespół; na studiach podróżowała ze studenckim big bandem, jako główna wokalistka reprezentując w ZSRR, stan Illinois. Wszędzie tam czuła się jednak jako dodatek, łatwo dający się zastąpić element. Chciała być prawdziwą, niezależną divą, jak jej idolki: Ella Fitzgerald i Billie Holiday.

Swoje marzenie spełniła w latach 70. XX wieku. W 1974 nagrała swój debiutancki, solowy album „Afro Blue”, jednocześnie koncertowała z największymi muzykami w Nowym Jorku: Sonny’m Rollinsem, Dexterem Gordonem, czy Maxem Roachem.  O czym niewielu pamięta, Dee Dee Bridgewater miała krótką, ale dość rozbudowaną przygodę z musicalem. Brała udział między innymi w takich spektaklach jak „Wiz” (adaptacja Czarownika z Krainy Oz), czy „Lady Day” – musicalu o życiu Billy Holiday.

 

Na rynku fonograficznym, Dee Dee od lat słynie z wydawania tribute’ów. Do tej pory pochylała się nad twórczością Horacy’ego Silvera, Elli Fitzgerald, Duke’a Ellingtona, czy Billie Holiday (za album „Eleonora Fagan (1915- 1959): To Billie With Love From Dee Dee”, wokalistka otrzymała nagrodę Grammy w 2010). Natomiast jej ostatnia płyta Dee Dee’s Feathers to wyraz fascynacji jazzem orleańskim, z lat 30. Artystka jest więc mocno zakorzeniona w jazzie tradycyjnym, w bezpiecznej mainstreamowej odmianie tego gatunku. Wobec tego wyboru mocno ubolewam, bo osobiście najbardziej cenię jej „oryginalne” albumy: nieważne czy to z muzyką na wskroś popularną, taneczną („Bad For Me, 1972), czy etniczną („Red Earth”, 2007).

Dee Dee Bridgewater z pewnością jest kobietą nowoczesną. Miała trzech mężów: pierwszy z nich dał jej nazwisko, którego używa do dzisiaj, drugi  wprowadził ją do świata teatru, ostatni i obecny – francuski impresario do dziś bierze udział w organizacji jej koncertów). Z każdym z nich wokalistka ma jedno dziecko. Jej druga córka – China Moses załapała wokalnego bakcyla i robi karierę we Francji. Dee Dee słynie z zabierania głosu w publicznych dyskusjach na temat aborcji. Jest zwolenniczką prawa do legalnej aborcji. W wywiadach często powołuje się na wyznawane przez siebie wartości: wolność, niezależność, a także równość (za równo rasową,  jak i płciową).

 

 

Jeszcze niedawno Dee Dee Bridgewater kojarzyła mi się wyłącznie z kawiarnianą muzyką, bezpiecznym soundtrackiem przy rodzinnych uroczystościach i tanecznymi imprezami pokolenia dzisiejszych 60.-latków. Zarzucałam jej zbyt dużą skłonność do muzyki mainstreamowej, popowe ciągoty i mało rozwojowe nagrania, bazujące wyłącznie na standardach z dawnych lat. To wszystko prawda. Dee Dee Bridgewater nie rewolucjonizuje jazzowej sceny wokalnej.  Ale nie taki ma zamiar. I nic w tym złego. Dee Dee Bridgewater za cel wzięła sobie zabawę muzyką znaną i lubianą, jej popularyzację i ocalenie od zapomnienia wielkich wokalnych standardów. Obok poszukujących jazzmanek takich jak Nina Simone, Aziza Mustafa Zadeh,  Beady Belle, czy Simin Tander  potrzebne są również te, które swoim obłędnym wokalem, wielką osobowością sceniczną, charyzmą i umiłowaniem do standardów wykonawczych, przypominają nam jaka jest definicja jazzowej divy.