Człowiek kameleon! Dziś 77 urodziny Herbiego Hancocka!

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Herbie Hancock to jazzowa instytucja. Członek wielkiego kwintetu Milesa Davisa, tak zwanego „drugiego”, znakomity muzyk sesyjny, lider, genialne dziecko i kłopot jazzowych purystów. Hancock jest tyleż wielki, co kontrowersyjny. Jest jednym z najbardziej wpływowych pianistów, jednym z głównych twórców ery post-bopu, który choć szybko zyskał uznanie jako klasyczny pianista, nigdy nie przestał szokować krytyków i publiczności, stale zmieniając brzmienie i swoją muzykę. Popychał ją naprzód, nawet jeśli miało się to wiązać z krytyką, niezrozumieniem i niechęcią środowiska. A wszystko to, ponieważ Herbie Hancock nie jest jednolity z samym sobą. Jego twórczość napędzała kształtowanie się nowych trendów w muzyce jazzowej początku lat 60., jak również dawała podwaliny pod rozwój takich kierunków jak funk, a nawet hip-hop. Hancock jest artystą wielkim, któremu udało się grać zawsze dokładnie to, co chce, i jeszcze odnieść wielki sukces. Wypisz wymaluj jazzowy ambasador UNESCO.

Herbert Jeffrey Hancock był cudownym dzieckiem. W wieku jedenastu lat grał „V Koncert fortepianowy” Mozarta podczas koncertu młodych talentów z symfonią chicagowską. Gdy, jako nastolatek, po raz pierwszy słuchał na żywo Chrisa Andersona, podobno padł na kolana i błagał pianistę, by ten zgodził się go uczyć. W Chicago rozwijał się, grając z Donaldem Byrdem i Colemanem Hawkinsem, ale Wietrzne Miasto szybko przestało zaspakajać jego apetyt artystyczny. Najważniejszym dniem w życiu Herbiego Hancocka był dzień, w którym zadzwonił do niego Miles Davis. „Nie mogłem uwierzyć, że to on” - wspominał po latach pianista. Davis zbierał muzyków do swojego nowego kwintetu. Trębacz chciał otoczyć się młodymi, niezbyt znanymi jeszcze muzykami, którzy byliby jak powiew świeżego powietrza w świecie jazzu, który zaczynał cierpieć już nieco na nudę schyłku be-bopu. Herbie przyjechał do Nowego Jorku kilka lat przed tym telefonem, by studiować pod okiem Vittorio Gianniniego. W przerwach między zajęciami grywał u Olivera Nelsona i weterana be-bopu, Phila Woodsa. Nelson był pod wrażeniem gry młodego muzyka i przedstawił go Alfredowi Lionowi, szefowi wytwórni Blue Note. Lion takich okazji nie zwykł marnować i podpisał z Hancockiem umowę. Po dwóch latach prac przy nagraniach Nelsona i Woodsa, w 1962 roku Hancock zadebiutował albumem „Takin' Off”, a utwór „Watermelon Man” stał się przebojem. 

 

Teraz Hancock miał być częścią największego jazzowego zespołu na świecie. Wraz z 17-letnim perkusistą Tonym Williamsem, kontrabasistą Ronem Carterem i młodym, podwędzonym przez Milesa z Jazz Messengersów, saksofonistą Waynem Shorterem, miał tworzyć tło dla popisów legendarnego trębacza. Miles Davis Quintet to nie był zespół, ale przedsiębiorstwo. Muzycy mieli zakaz występowania gdziekolwiek poza zespołem. Quintet Davisa był bardzo ekskluzywnym klubem, do którego należał teraz młody pianista. A lider był zachwycony pracą swojego młodego podopiecznego; Davis cenił w Hancocku jego wykształcenie klasyczne i umiejętność wprowadzania do jazzu elementów zaczerpniętych z tradycji europejskiej. Razem z Carterem i Williamsem tworzyli nową filozofię gry, opierającą się na haśle: „Tylko czas, żadnych przejść”. Potrafili całymi godzinami ogrywać te same dźwięki, tworząc tło, na którym trębacz mógł się swobodnie prezentować. Davis mówił: „Hancock to po Monku i Powellu kolejny wielki krok w rozwoju pianistyki jazzowej”. Z Milesem nagrał tak ważne dla historii jazzu albumy, jak „In a Silent Way”, „Bitches Brew”, „Miles Smiles” czy „Nefertiti”.

W przerwach od Milesa udzielał się w nagraniach takich muzyków, jak Wayne Shorter, Donald Byrd, Sam Rivers, Lee Morgan czy Freddie Hubbard. Nawet Davis przymykał oko na łamanie regulaminu. Kolejne albumy to kolejne perełki: „Maiden Voyage”, „Points of View” i „Empyrean Isles” (plus muzyka do filmu Antonioniego „Powiększenie”) - dziś uznawane za absolutny kanon post-bopowego grania. To była pierwsza z masek Herbiego Hancocka. Nawet mimo tego, że w 1968 roku oficjalnie został wyrzucony z zespołu Davisa z powodu zbyt późnego powrotu z wakacji w Brazylii i ogólnej niesubordynacji, nagrywał z trębaczem jeszcze kilka lat.

 

Drugim obliczem tego niezwykłego muzyka było oblicze elektroniczne. Choć wydawało się, że Hancock po prostu nie może brzmieć lepiej, niż brzmi akustycznie, sam artysta miał na ten temat zupełnie odmienne zdanie. Łatwo przyszło mu przerzucenie się na syntezatory. Poza nagraniami w rodzącym się właśnie stylu fusion, wykonanymi z Davisem, również na solowym gruncie Hancock nie marnował czasu. Zmienił Blue Note na Warner Bros i na początku lat 70. zaprezentował się z nowej strony albumami „Mwandishi”, „Crossings” i „Sextant” (ostatni wydany przez wytwórnię Columbia). Nowe prace nie spotkały się z tak bezkrytycznym zachwytem, jak poprzednie płyty pianisty. Po raz pierwszy w swojej karierze spotkał się z niechęcią. Fani spoglądali łagodnym okiem na eksperymenty z brzmieniem i formą, ale póki mieściły się one w ramach grania akustycznego. Nowe brzmienia nie do końca przekonywały fanów. Hancock przyzwyczaił do wybitnej wręcz łatwości w wymyślaniu chwytliwych i lekkich motywów i komponowaniu bardzo rytmicznych, matematycznych utworów. Utwory przedstawiane na koncertach promujących nowe albumy nijak nie przypominały niewinnych czasów „Watermelon Mana”.

Jednak niedługo wytrzymał w tej atmosferze. Po zbyt przestrzennych kompozycjach z „Mwandishi” Hancock zapragnął bardziej osadzonego rytmu. Skierował myśli w stronę funku. Jego nowy projekt, zespół Headhunters, miał realizować dokładnie takie założenie, mieszając jazzem, funkiem i fusion w duchu grania Sly and the Family Stone. Nowa płyta „Headhunters” była kolejnym wielki sukcesem marketingowym Hancocka. I zaczęło się oczywiste – zarzuty o zaprzedanie się pieniądzom i sukcesowi. Muzyk nie zamierzał przejmować się tak postawionymi zarzutami i pracował dalej. Poświęcił się pracy nad muzyką filmową do takich obrazów jak „The Spook Who Sat by the Door” oraz „Death Wish”. Nagrał również duet „1 + 1” z przyjacielem z dawnych czasów kwintetu Davisa, Waynem Shorterem. Zatem Hancock mieszał repertuar, nie dawał się ustawić w jednej, wygodnej do opisu, pozycji. Również dzięki takiej działalności jego twórczość wypływała na coraz szersze wody i trafiała do coraz szerszej publiczności.

 

Przełom lat 70. i 80. to kolejny dziwny krok. Tym razem wstecz. Hancock zaangażował się w projekt VSOP – zespół odtwarzający właściwie drugi kwintet Davisa. Rolę trębacza wziął na siebie Freddie Hubbard. Jednak zaraz po dwóch płytach z VSOP Hancock obrócił się na pięcie i nagrał znienacka „Sunlight” – album w stylu disco. Po tej płycie nastąpiło jeszcze kilka innych, o których wielu fanów woli nie pamiętać. Stylistyka disco mogła okazać się zbyt radykalnym krokiem – nawet dla najbardziej wyrozumiałego kibica. Niemniej, Hancock nadal pozostawał ważną osobistością – notorycznie serwował fantastyczne nagrania, jak na przykład duety z Chickiem Coreą.

Ponadto, zajął się młodymi muzykami, tak jak kiedyś zajął się nim samym Chris Anderson. Pod batutą Hancocka dojrzewały talenty braci Wyntona i Branforda Marsalisów. Jednak muzyk wydawał się nieustatysfakcjonowany – nadal szukał czegoś nowego; miotał się od mainstreamowych hitów w MTV aż po awangardowe duety z Billem Laswellem, a ostatnio pojechał w trasę z cyklem recitali duetowych z gwiazdą muzyki klasycznej Lang Langiem. Mnóstwo z jego prób nie spotkało się z akceptacją publiczności. Kolejne albumy genialnego pianisty to najczęściej komercyjne hity. Album z piosenkami Joni Mitchell, z udziałem wielu gości (m. in. Tiny Turner i Leonarda Cohena), i powracające zarzuty o zdradę ideałów i sprzedanie duszy diabłu mainstreamu. Ale być może najbardziej rewolucyjną postawą jest po prostu pociąg do zmian.