Clint Eastwood - niekulawy znawca jazzu. Dziś kończy 87 lat!

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Znamy i kochamy go wszyscy. No, niemal wszyscy. Znamy go jako bezwzględnego inspektora Harry’ego Callahana, tajemniczego rewolwerowca z Dzikiego Zachodu czy trenera bokserskiego. Znamy go z takich filmów jak „Brudny Harry”, „Dobry, zły i brzydki” czy „Za wszelką cenę”. Znamy go również jako reżysera takich filmów jak „Bez przebaczenia”, „Co się wydarzyło w Madison County” a ostatnio „J. Edgar”. Clint Eastwood – i wiadomo o co chodzi. Chodzi o twardziela, policjanta bez zahamowani, mściciela-rewolwerowca, autora prośby: „Make my day, punk!”. Jednak wystarczy rzucić okiem na skromny film „Piano Blues”, pochodzący z większej całości pod tytułem „Martin Scorsese Presents the Blues”, na którą składają się muzyczne filmy znanych reżyserów, żeby przekonać się, że Clint to również uroczy, ciepły dziadek, który nie zrobiłby nikomu krzywdy. Jak się okazuje, jest też niezłym pianistą i bardzo przyzwoitym historykiem jazzowej pianistyki. Szczęka mi opadła, gdy zobaczyłem jak na samym początku filmu, Eastwood spotyka się Rayem Charlesem. Panowie witają się serdecznie, siadają przed klawiaturą i zaczynają grać na „cztery ręce”. Ray Charles i Brudny Harry. Starsi panowie dwaj.

Jak się okazuje, Clint Eastwood jest nie kulawym znawcą jazzu. W swoim dorobku filmowym ma nie tylko – oczywiście – biografię Charliego Parkera pod przejrzystym tytułem „Bird” (znakomita rola Foresta Whitakera) ale również rzeczony „Piano Blues”, zaangażowanie w film „Round Midnight” czy produkcję fenomenalnego dokumentu o Theloniousie Monku „Straight, No Chaser” w reżyserii Charlotte Zwerin. Tak, Clint to nie byle jaki słuchacz a nawet bardzo wysublimowany. Nie ogranicza się do klasyków Brubecka, Monka czy Powella. Eastwood zasłuchuje się w grze Jaya McShanna i Pinetopa Perkinsa. „Gdy dorastałem, moja matka zawsze puszczała w domu płyty Fatsa Wallera” – wspominał w wywiadach aktor. Co ważniejsze, w domu państwa Eastwoodów było stare, rodzinne pianino. Clint notorycznie bezcześcił ten biedny instrument, doprowadzając matkę do szału ciągłym powtarzaniem tych samych refrenów. Nie oszczędzał też na mocy uderzania w klawisze. Clint miał tylko 11 lat, ale był uparty jak starzec. Uczył się grać ze słuchu, próbując powtórzyć zagrywki jego ulubieńców. Ćwiczył tak długo, aż mu się udało. Ale za sukces trzeba było zapłacić – jak przyznawał „zajechał wszystkie swoje płyty”.

 

Domowe tradycje muzyczne państwa Eastwoodów pozostały żywe. Kyle Eastwood, syn reżysera jest cenionym kompozytorem i kontrabasistą jazzowym. Tak jest, syn inspektora Callahana gra jazz, choć zdrowy rozsądek podpowiada, że powinien zabijać przestępców i płukać zęby whisky. Eastwood wypełniał swoje filmy muzyką – najchętniej ukochanym jazzem. Zasłużył sobie na miano największego muzyka pośród reżyserów. W nagrodę przypadł mu nie byle jaki zaszczyt. W 1998 roku Clint Eastwood dostąpił zaszczytu, który nie był udziałem wielu wspaniałych muzyków – wszedł na scenę Carnegie Hall. I to nie żeby zwiedzać, a żeby zagrać. Wystąpił przed nowojorską publicznością w towarzystwie swojego syna i jego kwartetu. „Eastwood After Hours. Live at Carnegie Hall” to wielki dzień w muzycznym życiu aktora. Na zaproszenie Clinta (kto mógłby odrzucić zaproszenie Brudnego Harry’ego?!) wystąpili Joshua Redman, Christian McBride, Flip Phillips, Charles McPherson, James Rivers, Slide Hampton, Hank Jones, Thelonious Monk Jr.

Zasłużył sobie.