Charlie Haden - człowiek który umiał objął świat tradycji i nowoczesności

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Niewiele brakowało, a być może Charlie Haden nigdy nie zostałby kontrabasistą. Być może funkcjonowałby w świecie muzyki jako zupełnie inna figura. W wieku lat 15, młody Charlie, pochodzący z muzycznej rodziny kultywującej tradycje klasycznych amerykańskich pieśni folkowych i country, zachorował na polio. Na szczęście choroba nie okazała się rozwinęła się na tyle, by zagrozić jego życiu, ale zdążyła zrujnować całkowicie wokalną karierę młodego Hadena. Zniszczone struny głosowe nie były w stanie udźwignąć głosu i kontrolować jego kierunku. Od dosyć wczesnego jednak wieku jasne stało się, że Charlie nie będzie wokalistą country. Chciałoby się powtórzyć truizm – szczęście w nieszczęściu.

Kilkanaście lat później, Haden być może myślał z żalem o utraconej we wczesnej młodości szansie, kiedy występował już w zespole Ornette'a Colemana i wprawiał wraz z nim w zdumienie i niejednokrotne oburzenie koneserów, historyków i muzyków jazzowych z Milesem Davisem na czele. Trudno sobie wyobrazić jakim wyzwaniem dla kontrabasisty jest granie z Ornettem, szczególnie w tym początkowym okresie jego twórczości. Charlie chyba nie do końca jeszcze orientował się w tym, co dzieje się wokół niego i że uczestniczy w czymś, co go przeżyje i zapewni nieśmiertelność. Ale o zbawienie trzeba jeszcze powalczyć. Więc Haden zagryzał zęby i robił, czego od niego oczekiwano. Chyba. Nie mógł mieć całkowitej pewności – na nagraniu „Lonely Woman”, już w otwierającym płytę „Shape of Jazz to Come” utworze, Charlie nie trzyma tempa, ale przy pomocy pianisty Hamtona Hawesa udaje mu się wytworzyć bardzo ciekawe brzmienie akumulujące awangardowość z liryzmem. Liryzmem, który w nadchodzących latach stać się miał znakiem firmowym Charliego Hadena, niezależnie od nazwy projektu i składu muzyków w którym akurat się znajdował.

 

Ale po kolei. Dni chwały miały jeszcze nastąpić, ale na razie młodziutki Haden zamyka oczy w przerażeniu przed milcząco-potępiającym wzrokiem Charlesa Mingusa podczas koncertów z Colemanem w nowojorskim klubie Five Spot. I być może myśli zza zamkniętych oczu – a można było po prostu śpiewać county.

A wśród publiczności poza Mingusem: Miles Davis, Leonard Bernstein, Maynard Ferguson i John Coltrane, który chyba jako jedyny nie patrzył na to wszystko z pobłażaniem. Haden musiał się zwyczajnie bać, tak po ludzku. Wspominając okres pracy z Colemanem, twierdził że po prostu nie potrafił z nim współgrać; nie rozumiał, co ma grać i czego się od niego oczekuje. Jak ma skonstruować jakąkolwiek partię, skoro musi grać pod Ornette'a, który nie gra pod absolutnie ni-ko-go? Z począku opierał się po prostu na powtarzaniu na kontrabasie dźwięków wygranych przez saksofonistę; później, gdy wszystko stało się znacznie bardziej intelektualnie klarowne, zaczynał sobie pozwalać na więcej i więcej dawać od siebie. Ale tego wieczoru Haden po prostu nie chce się spalić ze strachu na scenie. Nie chce się zapaść pod ciężarem osądzającego wzroku mistrza Mingusa, który był tak niezadowolony z tego, co usłyszał. Nie miało to wiele wspólnego z jego teorią kontrolowanego chaosu. Tu był zupełnie niekontrolowany bałagan. Więc Haden po prostu walczył o przetrwanie. Udało się.

Późniejsze lata przyniosły Charliemu absolutnie uroczy rodzaj rozwoju artystycznego, dzięki współpracy z Keithem Jarrettem, Paulem Motianem i Deweyem Redmanem, a w 1970 roku został liderem doniosłej formacji Liberation Music Orchestra. Projekt to niezwykły, ponieważ muzyka miała tu zadania o bardzo polityczno-społecznym charakterze. Już pierwsza płyta zespołu podejmowała tematy zaangażowania militarnego w Wietnamie czy Hiszpańskiej Wojny Domowej (kolejne albumy traktowały również o rasizmie, apartheidzie, oraz komentowały wydarzenia polityczne w Ameryce Łacińskiej). Głos zabierała w sposób niezwykły i w dyskursie politycznym nieczęsty – poprzez inkorporowanie szerokiego kobierca tradycji muzycznego folkloru dowolnego obszaru. Przedsięwzięcie dość niespotykane, ale (o dziwo!) udane. Haden może i był liderem grupy, ale większość roboty spadło na ramiona pianistki Carli Bley, której pracy przy aranżowaniu i komponowaniu utworów po prostu nie da się przecenić.

Polityczne zaangażowanie Hadena rosło i coraz śmielej dochodziło do głosu. Również w muzyce. Podczas koncertowania z zespołem Colemana w 1971 roku, w faszystowskiej Portugalii rządzonej wówczas przez spadkobiercę Antonio Salazara, Marcelo Caetano, Haden zdecydował się zadedykować utwór „Song for Che” (ku czci Ernesto Che Guevary), bojownikom antykolonialnym w Mozambiku, Angoli i Gwinei-Bissau – ówczesnych kolonii portugalskich. Następnego dnia został zatrzymany na lotnisku w Lizbonie i uwięziony przez portugalską tajną policję polityczną – PIDE. Został szybko uwolniony dzięki wstawiennictwu amerykańskich władz, ale niemal natychmiast po powrocie do domu został obligatoryjnie przesłuchany przez FBI na temat zajścia i tak niefortunnego doboru adresatów dedykacji.

Na stare lata Haden jakby się uspokoił. Może wyczerpał już pokłady walki i prowokacji w ciągu lat współpracy z Colemanem i walk z reżimem faszystowskim w Portugalii. W każdym razie, ostatnie lata jego działalności przynoszą owoce ewidentnie dojrzałe. Tak oceniam twórczość zespołu Quartet West, który od 1987 roku daje wyraz melancholijnej stronie Charliego Hadena. Romantyczne aranżacje i dobór utworów – częste i chętne sięganie do klasycznych utworów popularnych z pierwszych dekad XX wieku (jak choćby na płycie „Haunted Heart”, na której wykorzystuje również nagrania Billie Holiday, Jo Stafford i Jeri Southern z lat 20.) - sugerują tęsknotę Hadena za złotymi czasami radia i pewnego rodzaju utraconą, niewinną „amerykańskością” wyrażającą się między innymi w produkcji filmowej, której tematy muzyczne zespół z lubością podejmuje (na przykład na płycie „Always Say Goodbye”). Haden nastraja nostalgicznie i delikatnie, flirtując z tradycją w niezobowiązujący sposób. Przypomina w tym flircie bohatera film noir, który ze zbolałą miną uwodzi piękną kobietę w barze; jakiegoś Humphreya Bogarta z jakąś Lauren Bacall.

 

Jest również odpowiedzialny za uroczy album „Beyond the Missouri Sky”, na którym razem z Patem Methenym składa hołd Ameryce i jej folklorowi. Generalnie, ostatnimi czasy Haden zdaje się realizować zaprzepaszczone dawno marzenie o śpiewaniu country, folku czy bluegrassu – a więc muzyki rodem z radia w domu państwa Hadenów w Shenandoah w stanie Iowa.

Charlie Haden swoją twórczością nie staje po żadnej ze stron odwiecznego konfliktu tradycja-nowoczesność. Nie rezygnując czy dyskredytując którykolwiek z tych muzycznych światów, stara się objąć oba. I za to: czapki z głów i sto lat chciałoby się powiedzieć, bo przecież za niedługo wielki Charlie Haden obchodziłby swoje 78 urodziny. Obchodziłby gdyby 11 lipca 2014 nie odszedł. I teraz zostaną nam już tylko jego nagrania i te które twórzyły wielką jazzową historię, i te których dokonał ostatnio, jak choćby to zrealizowane razem z Keithem Jarretem, o znaczącym tytule "Last Dance".