Charles Gayle - Bezdomna muzyka w przebraniu klauna

Autor: 
Krzysztof Wójcik
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe

Awangardowy jazz nie jest muzyką, która z łatwością wdzierałaby się pod wszystkie strzechy. To w znacznej mierze gatunek pogranicza - balansuje pomiędzy sztuką, muzyką współczesną a rozrywką, łączy częstokroć estetyki bardzo odległe, dla których wspólnym mianownikiem jest „jedynie” sceniczne tu i teraz. Ujarzmianie chaosu  jawi sie w tak postawionej systematyce jako praktyka zarówno twórców, odbiorców, jak i krytyków. W przypadku tych ostatnich częstym mącicielem jest kategoryzacja, która niekiedy sprzyja marginalizowaniu zjawisk nietypowych, dziwnych, ekstremalnych. Czasami jednak to sam artysta stawia siebie w kontrze do świata, lub nawet rezygnując z postawy buńczucznej - po prostu nie bierze udziału w systemie rządzącym muzyczną rzeczywistością. Biorąc pod uwagę, że free jazz, z całym zbiorem swych niepokornych reprezentantów stanowi poniekąd enklawę świadomych artystycznych banitów, to bycie poza nią zakrawa na ultra-banicję, under-under-ground, szaleństwo?

Charles Gayle jest muzykiem, który nie ubiegał się w żadnym stopniu o atencję społeczności jazzowej Nowego Jorku - to ona upomniała się o niego. Biografia improwizatora z Buffalo jest niemniej fascynująca niż muzyka, do której względnie szersza publiczność zyskała dostęp dopiero w latach 80., kiedy Gayle był już mężczyzną po 40, bogatym w doświadczenia ekstremalne. Szczegóły dotyczące wczesnych lat muzyka nie są do końca znane. Choć Gayle znany jest głównie z gry na saksofonie tenorowym, jego pierwszym instrumentem, jeszcze w dzieciństwie, było pianino, do którego artysta powrócił w latach 2000. Być może właśnie ten pierwszy etap rozwoju muzycznego związany z pianinem wpłynął na późniejszą charakterystyczną lirykę brzmienia, ukrytą pod grubymi warstwami sonorystycznego, rozpędzonego szaleństwa. Z kolei czynnikiem pozamuzycznym, który niewątpliwie miał swój udział w ukształtowaniu wrażliwości artysty była religia, a konkretnie chrześcijaństwo, czemu prawdopodobnie można przypisywać elementy gospelowe obecne w jego twórczości. Gayle poprzez afirmację swej głębokiej wiary wpisał się w konstelację uduchowionych saksofonistów free jazzowych takich jak John Coltrane, czy Albert Ayler, jednocześnie rozwijając wypracowaną przez nich stricte muzyczną estetykę.

Życiorys Charlesa Gayle’a, jest historią zarówno społecznego, jak i muzycznego odszczepieńca. Artysta przeprowadzając się do Nowego Jorku na początku lat 70. zdecydował się żyć na ulicy, a co ważniejsze - grać na ulicy.Ten gest stanowiący o wyabstrahowaniu samego siebie ze społeczeństwa, a także przeniesienie własnej twórczości w przestrzeń miejską, prawdopodobnie najmocniej zaważyły na podejściu Gayle’a do muzyki, którą artysta nigdy nie próbował schlebiać publiczności. Mało brakowało żeby Charles Gayle pozostał jedynie miejską legendą, anonimowym free jazzowym dziwakiem w przebraniu klauna, grającym w metrze i na rogach ulic swoje bezkompromisowe improwizacje.

W latach 80., kiedy nowojorska, awangardowa scena downtown przeżywała swój rozkwit, Gayle jako grajek uliczny doczekał się w końcu artystycznej rehabilitacji. Z pewnością przez młodych muzyków musiał być odbierany, jako postać legendarna, która uosabia ducha muzyki free zarówno w twórczości, jak i stylu życia. Artysta rozpoczął koncertowanie w kultowych klubach takich jak Knitting Factory, czy CBGB. Gayle z impetem wdarł się do szerszej świadomości słuchaczy w momencie, kiedy skandynawska wytwórnia Silkheart Records wzięła go pod swoje skrzydła pod koniec lat 80. Wówczas saksofonista w przeciągu zaledwie tygodnia zarejestrował aż trzy albumy, wszystkie o dość znamiennych tytułach: „Always Born”, „Homeless”, „Spirits Before”. Niniejsze wydawnictwa, pokazujące skalę możliwości Gayle’a jako saksofonisty tenorowego o niesłychanie mocnym, intensywnym, przeszywającym brzmieniu, otworzyły muzykowi drzwi do free jazzowej ekstraklasy. Najlepszym przykładem na potwierdzenie tej teorii (oprócz samej muzyki) jest skład, w którym przyszło nagrać saksofoniście album „Touchin’ on Trane” – oryginalny hołd dla twórczości Johna Coltrane’a, ujętej w sposób bardzo przekrojowy. Dla wielu właśnie ta płyta jest najlepszym dokonaniem Gayle’a. Album, na którym trio (w kładzie idealnym z Williamem Parkerem i Rashiedem Alim) przywołuje ducha muzyki legendarnego saksofonisty w sposób niezwykle umiejętny, unikając zarazem cytowania wprost.

Późniejsze trzy płyty Charlesa Gayle’a nagrane z Williamem Parkerem - „Repent”, „More Live” i „Consecration” – można określić jako dojrzały okres twórczości saksofonisty. To właśnie na tych albumach skrystalizował się jego specyficzny styl gry charakteryzujący się brutalnym, a jednocześnie melodyjnym, rozedrganym brzmieniem. Co ciekawe saksofonista pozostawia innym muzykom dużo przestrzeni do indywidualnego zagospodarowania. W 1996 roku Gayle jest jednym z dwóch saksofonistów zespołu Cecil Taylor Ensemble, którego muzykę można usłyszeć na niezwykłej, koncertowej płycie „Always a Pleasure”. Poza tym saksofonista zaczyna coraz częściej sięgać po inne instrumenty – klarnet basowy, pianino, a nawet kontrabas, pokazując szeroką skalę swej muzycznej wyobraźni. Najbardziej pełny obraz Gayle’a jako pianisty znajduje się na solowej płycie „Time Zones” z 2006 roku, która przyniosła mu uznanie krytyki, a zarazem zaprezentowała bardziej liryczną i delikatną stronę muzyki artysty.

Dzisiaj Charles Gayle należy do żywych legend free jazzu. Jest saksofonistą, którego śmiało można zaliczyć do grona wciąż kreatywnych seniorów gatunku jak Peter Brotzmann, Evan Parker, czy Joe McPhee. Nagrywa płyty dla znakomitych wytwórni, by wymienić tylko Clean Feed, NoBusiness, czy Northern Spy. Esencjonalna płyta „Streets” z 2012 roku (o znów znamiennym tytule i okładce) jest przykładem nieustannej witalności i kreatywności tego wciąż w pełni niedocenionego artysty, który choć nie gra już w nowojorskim metrze, to w dalszym ciągu pozostaje w undergroundzie.