Cassandra WIlson - ksieżycowa córka na srebrnym kucyku

Autor: 
Maciej Karłowski
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. prasowe

Jest piękna, zmysłowa i chimeryczna. Jest również jedną z najbardziej fascynujących wokalistek trzech ostatnich dekad. Zalicza się ją do kategorii twórców jazzowych, pomimo że nagrała praktycznie jedną ewidentnie jazzową, mainstreamową płytę i to spory kawałek czasu temu. W wypowiedziach unika kategorycznych zaszufladkowań, jednak zdobi okładki wielu magazynów jazzowych, a jej muzyka jest postrzegana z perspektywy jazzu. Trudno powiedzieć czy dowodzi to siły jej osobowości, czy  raczej kryzysu nazewnictwa i klasyfikacji, niemniej jej matowy, nisko brzmiący głos jednych fascynuje, innych hipnotyzuje, jeszcze innym zaś każe przyznawać nagrody w najbardziej prestiżowych kategoriach związanych z muzyką.

Początki jej studyjnych, fonograficznych i profesjonalnych koncertowych poczynań sięgają połowy lat 80-tych. Wówczas to współpracowała z kreatywną grupą muzyków "M-Base Collective", prowadzoną przez jej najbardziej wytrwałego duchowego przewodnika Steve’a Colemana. W oryginalnej stylistyce „M-Base Collective”, gdzie wokaliza Cassandry Wilson traktowana była na równi z improwizacjami pozostałych instrumentów, artystka utrzymała się do 1992 roku. Było to zaledwie kilka lat, wystarczyło jednak, aby traktowano ją (chyba tylko dla wygody) również później jako główną przedstawicielkę całego ruchu. Owe kilka lat wystarczyło też, aby pojawiać się zaczęły pierwsze zapowiedzi nowego artystycznego wizerunku Cassandry Wilson. Ujawniły się one, choć jeszcze nie w całej okazałości, na płycie "Dance To The Drums Again". Było to spowodowane nie tylko zmianami w składzie, ani też faktem, że wydała ją japońska firma DIW. Na „Dance To The Drums” Cassandra po raz pierwszy odeszła od znanego z poprzednich płyt kanonu brzmieniowego, w którym kluczowe znacznie wydawało się mieć ekspresyjne, ostre brzmienie gitar i obfita rytmika.

 

Na ujawnienie w pełni nowego oblicza wokalistki trzeba było jednak jeszcze chwilę poczekać. Przyszło ono wraz ze zmianą wytwórni płytowej na Blue Note, z którą artystka współpracuje do dzisiaj. Pierwsze dwie nagrane tam płyty, "Blue Light Til Down" i "New Moon Daughter", niemal krzyczały: oto na scenie pojawia się dojrzała śpiewaczka, która próbuje, z powodzeniem, poszerzać stylistyczne ramy gatunku. W nowej muzyce Cassandry Wilson nie było już ostrego brzmienia gitary Jean Paul'a Bourelly'ego, ani imponujących groove’ów Marca Johnsona, w zamian rozlewała się wyciszona, oszczędna w środki wyrazu, w osobliwy sposób głęboka muzyka, której przestrzeń i dyskretny żar doskonale uzupełniał niską barwę głosu śpiewaczki. Cassandra złagodniała, ale też nabrała prawdziwie uwodzicielskiego czaru.

Z programem wspomnianych dwóch płyt i aurą zmysłowej divy wystąpiła w Warszawie i, jak można było się domyślać, koncert ów zawiódł ortodoksyjnych jazzfanów, którzy nie wiedzieć dlaczego oczekiwali repertuaru o wyraźnych mainstreamowych odniesieniach.  Zauroczył natomiast wszystkich przeczuwających, że muzyka Cassandry Wilson to nie jest już po prostu jazzowy set, ale muzyczne misterium z jazzem jako jedną z wielu ważnych barw oraz naturalnością, autentyzmem i sugestywnością przekazu w rolach głównych. To był bardzo wyciszony i nostalgiczny koncert, takim zresztą zapowiedziała go sama gwiazda podczas konferencji prasowej, zwracając uwagę, że przechodzi właśnie bardzo trudny i smutny okres w życiu osobistym. W sferze zawodowej natomiast zaczynała święcić prawdziwe triumfy: znakomite recenzje płyt w USA i w Europie, zwycięstwa, a nawet dominacja w kategorii wokalistów jazzowych we wszystkich niemal plebiscytach oraz popularność wykraczająca daleko poza kręgi sceny jazzowej.

 

Tak jak przed laty posypały się propozycje pracy od szacownych jazzmanów (np.Henry Threadgill), tak teraz o Cassandrę upomniał się wielki świat popu. Zaczęła pojawiać się na płytach innych autorów (Bob Belden), śpiewając w duecie z Dianą Reeves np.: "Strawberry Fields" i "Come Together" Lennona i McCartneya. Wykonywała "Killing Me Softly" z repertuaru Roberty Flack, a także piosenki Prince'a i U2. Nie zapomniała bynajmniej o jazzie, realizując sesję z pianistą Jackie Terrasssonem, i zaśpiewała główną rolę kobiecą w słynnej, nawiązującej do czasów niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych, operze "Blood On The Fields" Wyntona Marsalisa. Stała się bardzo zajętą  i bardzo słynną osobą, co jednak nie przeszkadzało jej przygotowywać się w ciszy do nagrania nowego programu mającego w przyszłości podbić serca wielu słuchaczy.

Pomysł nagrania płyty poświęconej Milesowi Davisowi dojrzewał bardzo długo, a powstał jeszcze w okresie działalności dla Lincoln Center. Prace nad albumem, jak pamiętamy studyjnym, odbywały się równolegle z cyklem sześciu następujących po sobie koncertów. W właśnie w Lincoln Center zdarzył się wówczas jak wspomina Cassandra:  „...przypadek bez precedensu. Byliśmy szczęśliwi z pełnej widowni. Jednak znaleźli się tam również krytycy, którzy nie rozumieli koncertu. My jednak sądziliśmy, że Miles chciałby usłyszeć swoją muzykę graną inaczej. Chciałby usłyszeć jak ktoś robi z jego muzyką coś nowego”. Rzeczywiście muzyka zawarta na płycie, choć ewidentnie davisowska, podana został zupełnie inaczej, niż sugerowałaby stylistyka stworzona przez słynnego trębacza. Co ciekawe, wielu krytyków, nie uchybiając wartości nagrania, chętniej omawiało płytę w rubrykach popowych niż jazzowych. Nie przeszkadzała w tym obecność podczas sesji Dave’a Hollanda, Pata Metheny, Reginy Carter, czy nieco zapomnianego, ale wybornego trębacza Olu Dary. Istotą całego zamysłu było jednak nie nagranie muzyki Davisa taką jaką ona była, ale potraktowanie jej jako bazy do rozwinięcia swoich własnych pomysłów. W jednym z wywiadów Wilson powiedziała: „starałam się nie robić tej muzyki tak jak on ją grał (Davis). Wydaje mi się że to właściwa droga naśladowania Milesa, ... sięgałam co prawda do źródła, do pierwszych wykonań jego utworów z pięciu dekad jego kariery, ale żywiąc do niej bardzo głęboki osobisty stosunek musiałam odnaleźć w niej swoje doświadczenia. Tym bardziej, że przecież nigdy osobiście Davisa nie poznałam”.

 

Nagrywając płytę będącą hołdem dla jednej z najbardziej kontrowersyjnych w działaniu, a jednocześnie bezdyskusyjnie podziwianej postaci jaką był Davis, Cassandra Wilson zabrała, świadomie bądź nieświadomie, głos w dyskusji czym jest, a nie czym nie jest muzyka jazzowa. Nie udzieliwszy na to pytanie odpowiedzi, sprowokowała jednak fundamentalne pytanie: dlaczego nie śpiewa bluesa. W odpowiedzi pytający usłyszeli, że paradoksalnie blues, będący najprostszą formą muzyczną, jest najtrudniejszy do zaśpiewania, zwłaszcza jeżeli ma być naturalny, sugestywny i autentyczny. Na początku kariery w tej samej konwencji pytano ją dlaczego nie śpiewa piosenek, dlaczego poprzestaje na traktowaniu głosu w sposób instrumentalny. Wówczas odpowiadała, że nie jest jeszcze gotowa, ale moment taki z pewnością nastąpi. Identycznie postąpiła z bluesem, twierdząc, że kiedyś i w tej kwestii zabierze głos. Na decyzję trzeba było jednak poczekać kilka lat, bo aż do 2002 r. Miesiąc po tym jak amerykański "Time" ogłosił ją najlepszą wokalistką jazzową roku, Cassandra Wilson wyruszyła do Missisipi, aby nagrać swój kolejny album dla Blue Note, zatytułowany "Belly of the Sun". Album, o którym pisano, że jest jak biblia młodości, jak powrót do korzeni czy zaczerpnięcie ze źródeł najwcześniejszych, nie tylko artystycznych, ale też i duchowych inspiracji. Tu krytycy się wiele nie pomylili. Urodzona i wychowana w Jackson w stanie Missisipi, Cassandra wróciwszy w rodzinne strony przyznała, że cały czas towarzyszyła jej nadzieja odkrycia czegoś nowego, czegoś co miałoby Missisipi w tle. Podczas dwutygodniowego pobytu zażyła całej niepowtarzalności tamtego regionu. Rozmawiała z wieśniakami, dawnymi przyjaciółmi, miejscowymi muzykami (Ronda Richmond), chłonęła atmosferę małych miasteczek, w których, jak twierdziła, nawet koty robią świetną muzykę.
            Czy udało się jej stworzyć rzeczywiście coś nowego? Nawet jeśli uznamy, że płyty o „Delcie” to nie jej wynalazek, nawet jeśli postawimy tezę, że inni śpiewają bluesa lepiej, a w repertuar balladowy jak na płycie „Tenderly” to nie jej specjalność, a romans z Black Saint Quartet Davida Murrya jest tylko kaprysem słynnej śpiewaczki to zaprzeczyć się nie da, że za cokolwiek by się Cassandra nie zabrała, wychodzi z tego rzecz, obok której nie daje się żadną miarą przejść obojętnie. Nad jej muzyką unosi się coś co ma bardzo niewielu twórców, a o co znakomita większość bezskutecznie walczy całe artystyczne życie, mam tu na myśli jej własną charyzmę. Ona bowiem sprawia, że gwiazda Cassandry Wilson świeci jaśniej niż kiedykolwiek.