Carmen McRae – wielka diwa.

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Gdy Carmen McRae miała zaledwie 17 lat, poznała osobiście swoją największą bohaterkę – Billie Holiday. Zakochała się od pierwszego wejrzenia. Zapragnęła być jak „Lady Day”, elegancka, adorowana i niezależna w każdym calu. Billie potrafiła pobić gołymi pięściami dwóch pijanych marynarzy, którzy zgasili papierosy na jej płaszczu. Klęła jak szewc, piła i paliła tak, że najtwardsi z twardych miewali problemy z utrzymaniem tempa. A wszystko po to, by za chwilę zrzucić kostium prostaczki i śpiewać przejmujące opowieści swoim dziwacznym głosem-niegłosem, który brzmieniem przypominał przytłumioną trąbkę. Carmen chciała być jak Billie. Też chciała być na scenie, władcza i pewna siebie. Wielka. Gdy pani Holiday śpiewała, nie można było nawet kichnąć, jeśli nie chciało się zostać wpierw zruganym ze sceny przez wokalistkę, a potem wyrzuconym na ulicę. McRae może nie udało się nigdy zostać dla muzyki kimś tak ważnym, jak tragiczna bohaterka lat jej dzieciństwa, ale jej wkład w kształt jazzowej wokalistyki dziś wydaje się niepodważalny.

Carmen Mercedes McRae urodziła się w 1920 roku w Harlemie, w rodzinie jamajskich emigrantów. W samym sercu muzycznego Nowego Jorku. Jej wczesna młodość upłynęła przy gramofonie rodzinnym, między startymi płytami Duke'a Ellingtona i Louisa Armstronga. Gdy miała rzeczone 17 lat, zwróciła uwagę jazzowej legendy, pianisty Teddy'ego Wilsona, słynnego z gry w trio Benny'ego Goodmana, a także w big-bandach Artiego Shawa czy Benny'ego Cartera. Wilson i jego małżonka zauważyli talent młodej McRae i przedstawili ją swej przyjaciółce, Billie Holiday. To był najważniejszy dzień w życiu Carmen.

W 1939 roku, gdy Carmen miała 19 lat, Holiday nagrała jedną z jej piosenek – „Dream Of Life”. McRae szybko dorastała i gdy stała się wreszcie piękna, dwudziestoletnia, grała już na stałe na pianinie w Minton's, gdzie poznała samych bogów – Dizzy'ego Gillespiego, Oscara Pettiforda czy Kenny'ego Clarke'a (szybko poślubiła perkustistę, by równie szybko się z nim rozejść). W klubie grała na pianinie, wieczorami śpiewała, a poza tym prowadziła rachunki.

 

Niedługo zaczęły się tłuste lata – występy w orkiestrach Benny'ego Cartera, Mercera Ellingtona (syna Duke'a) i Counta Basiego. Jej głos nie przypominał za bardzo brzmienia Holiday. Był znacznie mocniejszy, bliżej mu było do Elli Fitzgerald czy Sary Vaughan niż do „Lady Day”. Głos był w porządku – dobry, ale bez przesady. Nie był tak wyraźny jak brzmienie Billie. Jednak Carmen wiedziała, skąd brała się niezwykłość jej idolki, znała ją na wylot. Holiday miała malutki głos, ledwie oktawę, rozumiała natomiast, jak nim odpowiednio operować. Jakimi grymasami ubarwić historię o swoim niewiernym mężczyźnie tak, by stała się interesująca i jedyna w swoim rodzaju. Carmen studiowała ją dogłębnie i również zaczęła działać „na obrzeżach" samego głosu. Zaczęła doskonale grać – inteligentnie przedrzeźniać słowa, które śpiewała, nadając im tym samym nowej, ciekawej wykładni. Bawiła się również artykulacją. Była ironistką z ogromnym poczuciem humoru i tym zjednywała sobie publiczność. Tym, plus zupełnie niezłym głosem, oczywiście. Ponadto – co mimo wszystko niezwykłe – była ogromnie lubiana przez środowisko muzyczne i konkurencję. Jej ogromna pasja do muzyki i wiara w wizję siebie samej na scenie znosiły ziemskie przywary na nieistotny plan. Wszyscy kochali Carmen.

McRae rozpoczęła solową karierę w 1954 roku albumem „Easy To Love” (tytuł jakby skrojony dla niej) wydanym w niewielkiej wytwórni Bethlehem High. Następnie awansowała do pierwszej ligi – wytwórni Verve, Decca, Universal, Columbia. I nagrywała tak aż do 1991 roku, gdy zakazano jej śpiewać. Powodem były problemy z płucami – skutek nałogu papierosowego. Zmarła w 1994 roku.

 

W ciągu swojej długiej i owocnej kariery Carmen McRae pracowała z największymi osobistościami jazzu. Uczestniczyła w projekcie „The Real Ambassadors” Dave'a Brubecka, występowała w duetach z Sammym Davisem Jr i kolejnym bohaterem dzieciństwa – Louisem Armstrongiem. Występowała w 1980 roku na festiwalu North Sea razem z Mercerem Ellingtonem. Nagrała „tribute'owe” płyty z muzyką Sary Vaughan i Theloniousa Monka. Jednak na zawsze najbarwniejszym wspomnieniem musiała być dla niej Billie. To dzięki niej wszystko się zaczęło. Nie było chyba nigdy koncertu Carmen McRae, na którym nie została zaśpiewana przynajmniej jedna piosenka z repertuaru Holiday. W 1984 roku McRae nagrała jeden ze swoich ostatnich albumów – „For Lady Day”.