Buddy Guy - ucieleśnienie chicagowskiego bluesa.

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Buddy Guy jest ucieleśnieniem chicagowskiego bluesa. Pomijając nawet fakt, że ten gitarzysta, dziś uważany za jednego z najwybitniejszych w bluesowej historii, brał udział w historycznych nagraniach Muddy'ego Watersa i Howlin' Wolfa dla legendarnej wytwórni Chess Records, bez Guya nie byłoby mowy o Hendrixie, Claptonie, Page'u czy Richardsie. Ci wszyscy rockowi klasycy, zapytani o inspiracje wskazują od razu na rosłego bluesmana, który 30 lipca kończy 81 lat. Siekierka, bałwanek.
 
Przez większą część swojej kariery, Buddy Guy był nie mile widziany. Leonard Chess, szef chicagowskiej wytwórni Chess Records, zajmującej się wydawaniem nagrań Muddy'ego Watersa, Chucka Berry'ego czy Etty James, otwarcie przyznawał, że gra gitarzysty wydaje mu się po prostu "hałasem" i że nie ma pomysłu na jego wykorzystanie jako artysty solowego.
 
Więc Buddy zmuszony był dogrywać innym wykonawcom, pełnoetatowym. Można go usłyszeć na nagraniach Muddy'ego, gra także na "Killing Floor" Howlin' Wolfa i "Wang Dang Doodle" Koko Taylora. Nagrywał z Little Walterem i Sonnym Boyem Williamsonem. To trochę tak, jakby ktoś powiedział dziś, że pamięta rozmowy, jakie odbywał z Cervantesem czy Szekspirem. Zachowując wszelkie proporcje, oczywiście.
 
W Chess pojawił się nieco przez przypadek - podążał za swoim bohaterem, Muddym Watersem. A ten przebywał już wówczas w Chicago, gdzie zdobył niejaką popularność dzięki piosence "I Can't Be Satisfied". Zanim trafił do Chess przypominał bluesmana w stylu Roberta Johnsona - jeżdżącego po kraju wagabundę, z gitarą przewieszoną przez ramię. Jak z filmu. Brał udział w konkursach, pojedynkach gitarowych, które przeważnie wygrywał, zdobywając sobie dzięki temu nie tylko opinię jednego z najlepszych, jak również kontrakty płytowe z wytwórniami Cobra Records i Delmark. Ale ani w Cobrze ani w Delmark nie było Muddy'ego. W 1957 r. Guy przeprowadził się do Chicago, zostawiając za sobą rodzinny dom w Lettsworth w stanie Luiziana. 

 

Styl gry Buddy'ego Guya reprezentował Chicago w całej kulturowej złożoności "wietrznego miasta". Potrafił w ciągu jednego utwory zagrać w tradycyjnej bluesowej, kanonicznej formie, przez rockowe, funkowe brzmienia aż po elementy awangardy. Nic dziwnego, że Leonard Chess miał z nim ból głowy. Podczas koncertu w 2004 r., krytyk "New York Timesa" Jon Pareles zanotował: "Guy kocha ekstrema: nagłe wahnięcie głośności od ciszy do hałasu lub zamienianie delikatnego brzmienie gitary na ostre, nieprzewidywalne zawodzenie". Eric Clapton wyznawał: "Buddy Guy jest dla mnie tym, kim dla innych był Elvis". Wystarczy posłuchać "Strange Brew" Creamu, z młodym Claptonem, przekonanym o swojej roli jako zbawiciela bluesa, w grze którego nie trudno dostrzec wpływ starszego kolegi.

 
W każdym razie, do 1967 r. Chess Records nie wypuściły na rynek ani jednego solowego albumu Guya. Pod koniec lat 60. zdecydowali się wydać "I Left My Blues in San Francisco". Niewdzięcznicy. Wcześniej gitarzysta zapewnił im niejaki przypływ gotówki i rozgłosu, gdy jego piosenka "Stone Crazy" stała się przebojem. Gdy wygasł kontrakt z Chess, trudno się dziwić, że Guy zwinął się i przeniósł do wytwórni Vanguard, która już rok później wydała jego płytę "A Man and the Blues" (1968) a muzyk zaczął zdobywać sobie nową publiczność, nie tak ortodoksyjnie bluesową, raczej bardziej zbliżoną do rocka. Guy trafił na rozkwit fascynacji bluesem w Wielkiej Brytanii i Stanach Zjednoczonych. Nagle pojawili się Hendrix i Clapton, którzy wynosili Guya na wysokości, jako ojca-założyciela, żywy mit. Wszystko skończyło się jednak równie szybko jak się zaczęło. Boom na blues skończył się wraz z końcem lat 60., epoki "dzieci-kwiatów". W nową dekadę muzyk wszedł bez kontraktu płytowego.
 

Kolejna dwadzieścia lat muzyk spędził głównie w trasie, koncertując w Europie i Azji. W 1991 r. wystąpił w londyńskiej Royal Albert Hall, jako gość na koncercie Erica Claptona. Gdy schodził ze sceny, miał już umowę z wytwórnią Silverstone, związaną z BMG. Na jego debiutanckim krążku w tych barwach, "Damn Right, I've Got the Blues" wystąpił Clapton, Mark Knopfler i Jeff Beck. Wreszcie złapało. Guy stał się tym, kim był od 1957 roku - jednym z najlepszych gitarzystów bluesowych. Tyle, że tym razem dowiedział się o tym cały świat. W 2005 r. Guy został włączony do Rock and Roll Hall of Fame. Na ceremonię przyszedł ze swoją pierwszą gitarą, akustyczną Harmony, którą oddał w ręce muzeum. W 2012 r. wystąpił w Białym Domu. Mało tego - zmusił prezydenta Obamę do przyłączenia się w śpiewaniu refrenu "Sweet Home Chicago".