Bud Powell - dogonić Birda!

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Był listopad 1947 roku i choć Bud Powell miał przed sobą jeszcze dobre 19 lat życia, można zaryzykować tezę, że zmarł właśnie wtedy - w listopadzie 47’. Wtedy został siłą ulokowany w zakładzie psychiatrycznym w Creedmoore. Powodem było, cóż, „dziwactwo” jego sposobu bycia, nie pasujące do obowiązującej, purytańskiej normy. Witkacy wyśmiewając się kiedyś z idei ‘intuicji’ w myśli niemieckiego fenomenologa Edmunda Husserla, powiedział że najlepszym lekarstwem na intuicję jest milicja. W przypadku Powella za najlepsze lekarstwo na ekscentryzm uznano kurację elektrowstrząsową. No i cóż, jakby na to nie spojrzeć, terapia się powiodła. Bud wyszedł z zakładu spokojniejszy i zresocjalizowany jak trzeba. Niestety, z Creedmoore wyszedł również mocno wybrakowany – elektrowstrząsy pożarły część jego pamięci i wyobraźni.

Zanim trafił do szpitala, terapia resocjalizująca odbywała się w nieco innym (choć pokrewnym) stylu: dwa lata przed osadzeniem w Creedmoore, Powell został dotkliwie pobity przez policjantów. Niestety, Bud był poważnym alkoholikiem; ponoć nawet najmniejszy drink doprowadzał do przepoczwarzenia się sympatycznie usposobionego pianisty w agresywnego napastnika. W takim stanie właśnie spotkali go policjanci, wymierzający sprawiedliwość w imię amerykańskiego, bogobojnego stylu życia, w którego ramach nie mieścił się Bud Powell. Niestety, z tej terapii wyszedł wykastrowany ze swojego niewątpliwego geniuszu. Przytrafiło mu się to, co na przełomie lat 40. i 50. zagrażało sporej części ekscentryków muzycznych czy literackich. Cała masa przedstawicieli beat-generation (najsłynniejszym pozostaje chyba uwieczniony przez Allena Ginsberga w poemacie „Skowyt” pisarz Carl Salomon) leczona była ze swoich problemów z zastanym światem i niedopasowaniem właśnie za pomocą prądu. Tak chciano potraktować Charliego Parkera, i z pewnością tak właśnie by się stało, gdyby nie sprzeciw i poświęcenie jego towarzyszki życia, Chan. A Bud Powell może zostać uznany za muzyczny i tragicznie prawdziwy odpowiednik McMurphy’ego, bohatera powieści Kena Keseya „Lot nad kukułczym gniazdem”. McMurphy – nieprzystosowany szuler i drobny cwaniak zostaje poddany lobotomii i cudownie uleczony. Bud Powell również. 

Bud zasłynął jako być może największy pianista ery be-bopu (obok Theloniousa Monka) i klawiszowy odpowiednik Charliego Parkera, z którym całkiem na serio rywalizował o palmę pierwszeństwa. Powell bardzo na poważnie traktował ten wyścig i nie mógł się pogodzić z widokiem Birda na piedestale. Z całą pewnością jednak można powiedzieć, że Powell znaczył dla pianistyki jazzowej tak wiele, co Parker dla saksofonistów. Jego styl był tak unikatowy i niekonwencjonalny jak jego pozasceniczny sposób bycia, który ostatecznie okazał się autodestrukcyjny.

Bud żył równie szybko jak grał. A grał naprawdę szybko – w wieku ośmiu lat grał ze słuchu, nuta w nutę, utwory Arta Tatuma. Tak, Arta Tatuma. W wieku ośmiu lat. Serio. W wieku 15 lat grał już w pierwszym zespole, wraz z bratem Willem, który grał na trąbce (Will zginął w wypadku samochodowym razem z Cliffordem Brownem w 56'). Potem przyszedł bardzo szybki (chyba wszystko w życiu tego muzyka miało zawrotne tempo) awans klasowy i dzięki przyjaźni i wstawiennictwu Monka, Powell zawitał w towarzystwo z legendarnego klubu  Minton’s Place. Tam poznał Birda. W 1947, na kilka miesięcy przed zamknięciem w szpitalu, Powell zagrał na jednej scenie z Parkerem. W towarzystwie Milesa Davisa, Tommy’ego Pottera i Maxa Roacha doszło do dźwiękowej bijatyki między pianistą i saksofonistą, której rozstrzygnięcie nie dało zwycięzcy, tym bardziej że zarówno w historii Buda jak w opowieści o Birdzie są niestety sami przegrani.

 

 

Wielką tragedią jest fakt, że choć chorobliwa rywalizacja z Parkerem dała piękne, dojrzałe owoce muzyczne, w równym stopniu działała stymulująco co wyniszczająco. Przede wszystkim, okazji do wspólnej gry było bardzo niewiele, jako że zachowanie Buda nie działało sprzyjająco dla tworzenia muzyki. Powell był szaleńczo zazdrosny i zupełnie obłąkany na punkcie Birda. Kulminacja ich toksycznego związku ufundowanego na dziwnej mieszance podziwu i zazdrości miała miejsce podczas jednego z ostatnich występów Parkera w Birdlandzie. To miał być wielki powrót Birda – czystego, trzeźwego, sytego. Na scenę wpadł zupełnie pijany Powell, który ledwo trzymając się na nogach zaczął pitolić coś nieśmiało na klawiszach po czym zapomniał, a może nie zarejestrował, że zespół zaczął już grać coś zupełnie innego. W końcu, zrezygnowany i wściekły, trzasnął pięścią w klawiaturę, rzucił przekleństwo i stoczył się ze sceny, podczas gdy Parker stał przed mikrofonem w swoim nieskazitelnie białym garniturze i krzyczał do publiczności: „Panie i panowie! Pan Bud Powell!”.

Co zaskakujące, swoje najlepiej oceniane nagrania Powell wykonał po wyjściu ze szpitala, dla wytwórni Blue Note i Verve. Choć udawało mu się nagrać prawdziwe dzieła sztuki, jak na przykład „Blues From the Closet”, „The Lonely One” czy „The Amazing Bud Powell”, do końca życia cierpiał z powodu poważnych bólów głowy spowodowanych terapią i pobiciem sprzed lat.

Bud Powell przeniósł nie tylko parkerowski styl gry na inny niż saksofon instrument, czym rozszerzył spektrum możliwości instrumentu dla całych generacji pianistów. Na przykład dla Billa Evansa, który o Powellu mówił: „Gdybym miał wybierać najlepszego muzyka, pod względem artystycznej niezależności, niedoścignionej oryginalności gry i wielkości swojej spuścizny, musiałbym wybrać Buda Powella. To klasa sama dla siebie.” Takie słowa ze strony takiego muzyka jak Evans to nie byle jaka rekomendacja.

W 1959 roku Powell uciekł z nieprzyjaznej Ameryki, która traktowała go elektrowstrząsami, kopniakami i uderzeniami pałką w głowę. Za ocean. Do Paryża. Paryża, wcześniej wypróbowanego przez Charliego Parkera, oczywiście. Wygląda na to, że Powell powtarzał kroki Birda być może nawet nieświadomie. W Paryżu czuł się jak Budda, do którego pielgrzymują dawni znajomi, jak również zafascynowani legendą Powella, młodzi uczniowie. Wizytom z Nowego Jorku nie było końca. Jedną z nich wspomina Miles Davis, który zabrał pianistę, jego mocno kontrowersyjną towarzyszkę Altevię „Buttercup” Edwards i kilkoro znajomych na kolację i nocną przechadzkę po Champs Elysees. W pewnym momencie wieczoru, gdy wszyscy byli już odpowiednio pijani, Bud został poproszony o piosenkę. Podszedł do instrumentu na wyposarzeniu lokalu i położył ręce na klawiaturze. Davis wspominał, że to co wypłynęło spod palców Powella było tak tragiczne w zestawieniu z wciąż żywym wspomnieniem z lat Budowej wielkości, że trębacz musiał ukrywać łzy, których z kolei nie ukrywał Powell. Podobnie jak frustracji z niemożliwości ponownego wzięcia muzyki w posiadanie.

Bud wrócił do Ameryki, która tak źle go potraktowała. Zagrał nawet na kilku sesjach nagraniowych, które zdradzały ślady niegdysiejszej wielkości. Wystąpił jeszcze na dwóch koncertach w 1965 roku. Pierwszy z nich „Tribute to Charlie Parker” w Carnegie Hall, był ostatnim spotkaniem dwóch panów; Bird zmarł kilka lat wcześniej, w 1955. Koncert okazał się kompletnym fiaskiem; choć z drugiej strony być może idealnym hołdem dla tragicznego geniusza jest tragiczny występ innego tragicznego geniusza. Tym występem, Bud zbliżył się do Parkera już tylko na wyciągnięcie ręki. Później jeszcze jeden koncert w Birdlandzie i koniec. Bud Powell przestał istnieć dla publiczności. Stało się to w 1965 roku, choć proces 'znikania' rozpoczął się 19 lat wcześniej, gdy w listopadzie 47' został poddany elektrowstrząsom, które miały go uleczyć i przywrócić na łono społeczeństwa.

Zmarł w szpitalu w Nowym Jorku na gruźlicę, choć trafił tam w stanie zupełnego wycieńczenia, zaniedbania i zdewastowania organizmu alkoholem. Wreszcie dogonił Birda.