Bobby Hutcherson - człowiek, który tchnął w wibrafon nowego ducha.

Autor: 
Piotr Jagielski
Zdjęcie: 

Wibrafon to zabawny instrument, który chyba wszyscy kochają, a mało kto traktuje tak całkiem serio. Kochali go niemal wszyscy: od pionierów jazzu, przez awangardę aż do grunge'u. Jednak muzycy grający na tym skomplikowanym instrumencie, który wydaje się jednocześnie dziecinnie prosty, nie byli nigdy gwiazdami, wielkimi liderami muzycznych rewolucji. Z pewnością byli jednak głęboko poważani, szczególnie przez kolegów po fachu. Ci nie mieli wątpliwości co do roli wibrafonu w procesie rozwoju muzyki. Eric Dolphy, Jackie McLean, Andrew Hill – oni wszyscy wysoko cenili sobie ten dziwaczny instrument, widząc w nim alternatywę dla klasycznego składu z pianistą. Oni wszyscy cenili sobie szczególnie umiejętności jednego z najważniejszych wibrafonistów w historii jazzu – Bobby'ego Hutchersona.

Gdy Hutcherson był nastolatkiem wszystko wydawało się na swoim miejscu. Uczył się muzyki klasycznej, którą preferowali jego rodzice i szło mu to zupełnie nieźle. Był tylko krok od jazzu: jego brat był kolegą z ławki szkolnej Dextera Gordona, a siostra, która była wokalistką, randkowała z Erikiem Dolphym. Sytuacja wyjściowa była więc zupełnie niezła. Brakowało jedynie elementu duchowego – pasji młodego Bobby'ego dla nowych brzmień. Najwyraźniej ani saksofon, ani trąbka nie pociągały go wystarczająco. Duchowe przebudzenie nadeszło wraz z pojawieniem się w jego domu płyt Milta Jacksona. Wkrótce wibrafon zawładnął umysłem Bobby'ego. Zaczął odkładać wszystkie pieniądze, marząc o szczęśliwym dniu, gdy uzbiera na wyśniony instrument. Oczywiście, przy tej determinacji była to tylko kwestia czasu. Hutcherson sprawnie zabrał się do nauki gry i w krótkim czasie opanował technikę na tyle, by grać Charlesem Lloydem, a po ukończeniu szkoły średniej dołączył do zespołu prowadzonego przez Ala Greya i Billy'ego Mitchella. Właśnie z tym zespołem trafił do Nowego Jorku – Mekki. W 1961 roku zagrał, jeszcze pod okiem liderów, w klubie Birdland, prezentując się na tyle dobrze, że zachęcono go do pozostania. I Bobby został.

Co wyróżniało jego grę od brzmienia innych wibrafonistów? Trudno precyzyjnie określić, Hutcherson wykształcił się w dużej mierze sam, nie miał oczywistych wzorów. Nawet gra Jacksona była dla niego raczej wskazówką niż kanonem. Hutcherson tchnął w wibrafon nowego ducha, nową wrażliwość i liryczność, sprawiając, że instrument nie służył już tylko do wypełnienia tła czy ciekawostki, ale nowy, pełen wyrazu, głos. Dostrzegli to wkrótce inni muzycy. Na ich czele stał saksofonista i flecista Eric Dolphy. Praca wibrafonisty polegała na razie na współpracy z innymi przy cudzych nagraniach. Nawet jeśli nazwisko Hutcherson nie jest powszechnie stawiane w jednym szeregu z nazwiskami Dolphy'ego, Hancocka czy Davisa, to już płyty, które pomógł tworzyć, stanowią kanon muzki jazzowej. Tak jest na przykład z „Out to Lunch” Dolphy'ego, „Judgment!” Andrew Hilla, „One Step Beyond” Jackiego McLeana czy „Idle Moments” Granta Greena. Kto wyobraża sobie te nagrania bez wibrafonu?

Gra i muzyczna inteligencja Hutcherson ściągały go coraz bardziej w stronę muzycznej awangardy. Trafił na podatny grunt – wytwórnię Blue Note, która zakontraktowała go na serię nagrań, dzięki czemu stał się jednym z najpopularniejszych muzyków w Nowym Jorku. Muzycy nagrywający dla Blue Note'u sami domagali się jego obecności przy sesjach. Gdy nadszedł czas, by Hutcherson wreszcie nagrał coś pod własnym szyldem, akompaniowali mu sami giganci: Sam Rivers, Freddie Hubbard czy Andrew Hill. Dziś albumy jak „Stick Up!”, „Components” czy „Dialogue” są perłami Blue Note'u. Lata 60. są dekadą największych sukcesów Hutchersona. Kolejne lata przynosiły krótki flirt z nowościami – fusion i funkiem („San Francisco”) jednak zauroczenie szybko przeszło i Bobby wrócił do swoich korzeni. I to w całkiem niezłym stylu, bo założył nowy kwintet z Woodym Shawem, z którym wystąpił m.in. na Montreux Jazz Festival. Po nagraniu dwóch albumów z Shawem, zajął się głównie występami. Koncertował bez wytchnienia, najchętniej w duetach, z których za najbardziej udany uważany jest ten z McCoyem Tynerem. Mimo zmieniających się czasów i tendencji muzycznych Hutcherson pozostał wierny swojemu ukochanemu, post-bopowemu, brzmieniu i nagrał jeszcze mnóstwo płyt dla Blue Note'u, który również pozostał mu wierny, mimo silnego dryfowania wytwórni w komercyjnym kierunku. Pod koniec lat 90., Hutcherson podpisał nowy kontrakt, z wytwórnią Verve. I nadal gra, jak grał.