Bobby Bradford – opowieść o tym, jak wygrać z czasem

Autor: 
Marta Jundziłł
Zdjęcie: 
Autor zdjęcia: 
mat. promocyjne

Jest rok 1968, Century City Playhouse – kameralny teatr w Los Angeles, na sali kilkadziesiąt osób, na scenie debiutujący New Art Jazz Ensemble, na czele z Bobbym Bradfordem i Johnem Carterem. Do tego występu muzycy przygotowują się ponad rok, za koncert nie dostają nawet symbolicznego wynagrodzenia, a publiczność z biegiem wieczoru robi się coraz rzadsza. Bobby Bradford po tym nieudanym debiucie nie spodziewał się, że to dzięki współpracy z Johnem Carterem przejdzie do historii free jazzu, a jego 82 urodziny świętować będą fani, nawet w oddalonej o 10 tysięcy kilometrów od Stanów Zjednoczonych Polsce.

Bobby Bradford urodził się w 1934 roku. Upodobanie do jazzu przejął od ojca, który dzielił się z nim nagraniami Louisa Armstronga i Duke’a Ellingtona. Bobby nie przejawiał jednak fascynacji swingiem i klasyczną jazzową formą. Od najmłodszych lat interesował go bebop, muzyka bardziej wytrawna, skomplikowana rytmicznie i harmonicznie. Podziwiał Charliego Parkera, Dizzy’ego Gillespie, Milesa Davisa. Wraz z kolegami nieustannie robił transkrypcje ich solówek, starając się z nagrań przechwycić technikę i koloryt gry mistrzów epoki.

 

Dla Bobby’ego Bradforda, pierwszym poważnym krokiem ku karierze profesjonalnego muzyka, był wyjazd do Los Angeles, w 1953. Wówczas 19 letni trębacz na swojej drodze spotkał ekscentrycznego Ornette’a Colemana, który po kilku wspólnych jam session, zaproponował mu współpracę. Niedługo potem, wojna z Koreą rozdzieliła młodych muzyków. Bobby Bradford został powołany do amerykańskiej armii, gdzie w wojskowej orkiestrze grał przez następne cztery lata. Po powrocie, ponownie zaczął współpracować z Ornettem Colemanem. Niestety, również w tym przypadku nie trwało to szczególnie długo.

Bobby Bradford, zdecydował, że odwieczny wewnętrzny konflikt jazzmanów: rodzina vs. kariera, rozwiąże na korzyść najbliższych. W 1961 miał już żonę, bliźniaki i małą córkę. Zdecydował więc, że zamiast eksplorować jazzowe sceny i poszerzać muzyczne granice świadomości nowojorczyków, znajdzie stabilną pracę nauczyciela muzyki w Los Angeles, aby zwyczajnie móc utrzymać swoją rodzinę i mieć stały dochód. W tym przypadku, nie sposób nie zastanawiać się „co by było, gdyby Bradford został w Nowym Yorku i nadal tworzył z Colemanem?” Myśl ta frapuje tym bardziej, gdy dowiemy się, że przeważające na wspomnianej szali rozwoju młodego muzyka, małżeństwo rozpadło się w 1970.

Po przeprowadzce do Los Angeles, Bobby Bradford długo nie mógł znaleźć satysfakcjonującej pracy. Wreszcie, po kilkunastu miesiącach bezproduktywnej roboty w agencji ubezpieczeniowej, dostał etat w pobliskiej szkole muzycznej. Wszystko zaczęło się układać. W 1965 poznał Johna Cartera – muzyka, który równie mocno związany był z Los Angeles i równie poważnie, co Bobby traktował swoją rodzinę. Panowie bardzo szybko znaleźli nić porozumienia, a podczas wspólnych prób wyzwalali się z tłumionych przez ostatnie lata eksperymentalnych skłonności ku muzyce free.

Pierwszy publiczny występ Bobby’ego Bradforda i Johna Cartera miał miejsce w Century City Playhouse, w 1968. Wówczas muzycy grali już pod szyldem New Art Jazz Ensemble. Występ nie należał do szczególnie udanych, mimo to, panowie nie zniechęcili się, pracując dalej nad nowym materiałem. Okres współpracy Bobby’ego Bradforda z Johnem Carterem to dla trębacza (a także dla samego Cartera) czas największego rozwoju artystycznego. Muzycy dzięki wspólnym nagraniom, nauczyli się świeżego spojrzenia na muzykę free, wypracowali nową, odrębną jakość formułowania dźwięku i budowania kompozycyjnego napięcia. 

Spośród wielu albumów nagranych z Johnem Carterem, na szczególną uwagę zasługuje debiutancki materiał odrzucony niegdyś przez publiczność w Los Angeles – Flight For Four (1969). Płyta składa się z czterech kipiących świeżością utworów, które są dynamiczne, krzepiące i trzymają w napięciu do ostatniej wykrzyczanej przez solistów frazy.

 

Twórczy rozkwit Bobby’ego Bradforda miał miejsce nie tylko u boku Johna Cartera. Po wielu latach nieskonsumowanej fonograficznie współpracy z Ornettem Colemanem, w 1971 muzykom w końcu udało się nagrać razem płyty: Science Fiction, a także Broken Shadows  (nagrana w tym samym czasie, ale wydana 11 lat później). Kolejnym jazzmanem, który zwrócił uwagę na Bobby’ego Bradforda był David Murray. Z tej współpracy na świat przyszły cztery albumy: Murray’s Steps (1983), Death of a Sideman (1991), MX (1992), By My Monster Love (2013).

Po śmierci Johna Cartera, Bobby Bradford założył kolejną formację free- Mo’tet. Dokonania grupy ustępują jednak wcześniejszym współpracom, za równo z wielkim Carterem, jak i Ornettem Colemanem, czy Davidem Murrayem. Preferencja dla wcześniejszej twórczości Bobby’ego Bradforda, jest potwierdzeniem aktualności i świeżości nagrań sprzed niemal czterdziestu lat. To ewidentny dowód na to, że twórczość Bobby’ego Bradforda zdecydowanie przetrwała próbę czasu i z powodzeniem może stanowić inspirację dla młodych twórców sceny jazzowej. Świadomość takiego wpływu na kolejne pokolenia muzyków jest chyba najlepszym prezentem urodzinowym, jaki 82 letni Bobby Bradford mógłby sobie dzisiaj wymarzyć.